Lata sześćdziesiąte poprzedniego stulecia były w zakresie małych coupe okresem niezwykle urodzajnym. Każdy liczący się producent miał w swojej ofercie model tej klasy, który zazwyczaj dzisiaj jest bardzo cenionym klasykiem. Moim ulubionym autem z tej kategorii była nie, chyba najbardziej ceniona dzisiaj, nieziemsko piękna Alfa 1750 GTV, a dużo prostsze MGB GT.
Model ten zawsze pozostawał w cieniu wersji roadster, która była naprawdę dużym sukcesem – 400 000 egzemplarzy wyprodukowanych w latach 1962-80, model GT wprowadzono do produkcji 3 lata później, a do roku 1980 powstało 125 000 egzemplarzy. Model GT, który bardziej pasował do europejskich deszczowych klimatów, niż do słonecznej Kalifornii (Stany były głównym rynkiem zbytu roadstera) nie był klasycznym coupe. Samochód otrzymał nadwozie typu shooting brake, zapomniane już dzisiaj (chyba ostatnim pojazdem z tym nadwoziem było BMW Z3 Coupe, chociaż również Volvo C30 czerpie bardzo dużo z tego typu pojazdów, jako odwołanie do klasyka gatunku – P1800ES), co odróżniało go od konkurencji, dodawało trochę innego stylu, jak i zwiększało praktyczność. Bardzo podoba mi się jego nostalgiczna stylizacja, potęgowana przez szprychowe koła (te odmiany cenię najbardziej), jak również angielską powściągliwość i brak włoskiej pasji. Warto wspomnieć tutaj również o wspaniałym Oplu GT, który również był dziełem jedynym w swoim rodzaju. MGB GT było stylistycznie autem najspokojniejszym, najmniej kuszącym, co ma przełożenie również na dzisiejsze ceny. Samochód oferowano głównie z czterocylindrowym, rzędowym silnikiem o pojemności 1,8l, generującym 95km (w późniejszych modelach moc delikatnie obniżano, ostatnie wersje miały 85KM – wszystko ze względu na normy czystości). Napęd przenoszony był na tylną oś. Powstały jeszcze dwie, dużo rzadsze, bardzo ciekawe odmiany tego modelu. Pierwszą było MGC, w którym zastosowano sześciocylindrowy motor, o pojemności 2,9l, generujący 145KM. Niestety samochód nie był tak dobry jak mogłoby się wydawać z papierowych danych, gdyż silnik nie zapewniał znacznej poprawy osiągów, a jego bardzo duża masa sprawiała, że właściwości jezdne były dużo gorsze od standardowego modelu. Powstało jedynie 9002 egzemplarzy (mniej więcej po równo roadsterów i GT). Jeszcze rzadszą odmianą jest model V8 – produkowany jedynie w zamkniętym nadwoziu, powstało dokładnie 2591 egzemplarzy. Jak nazwa wskazuje do jego napędu służył potężny silnik V8, znany z innych modeli koncernu British Leyland, o pojemności 3,5l i mocy zaledwie 137KM (moc w tym aucie obniżono, w innych pojazdach silnik osiągał, również niewygórowane ,180KM). Przez analogię można by się spodziewać, że prowadzenie tego samochodu było katastrofalne, ale warto wspomnieć tutaj o jednym drobnym detalu – silnik V8 miał blok i głowice wykonane z aluminium, przez co ważył nie tylko mniej od silnika z MGC, ale również był lżejszy od silnika 1.8 ze zwykłego MGB.
Niestety, model V8 nie był sprzedawany w innej wersji niż z kierownicą po prawej stronie, przez co na kontynentalnej części Europy jest pojazdem bardzo rzadkim.
MBG GT jest jednym z mniej szablonowych pojazdów lat ’60. Na pewno gdziekolwiek się pojawi swoim elegancką, spokojną stylizacją wzbudzi zainteresowanie, może nie tak duże jak wspomniana wcześniej Alfa Romeo, ale jego mniejsza rozpoznawalność wśród ludzi niezaznajomionych z tematem. w moich oczach czyni go jeszcze bardziej wyjątkowym.


czy nie zostanie ono zepsute bezstopniową skrzynią biegów przydałaby się możliwość wyboru, ale mam nadzieję, że moje spekulacje się nie spełnią i skrzynia poradzi sobie z tym napędem.
Na temat Fiata 500 pisałem na samym początku działalności strony. Rozpisywałem się o modelu Abarth, porównywałem go do bazowego Mini, wskazywałem na różnicę mocy i dużo lepsze wyposażenie. Uważałem, że trzeba być szaleńcem, żeby nie kupić Abartha zamiast Mini. Dzisiaj jednakże stoję po stronie szaleńców. Dużo zastanawiałem się na temat najmocniejszej 500 i uważam, że jest ona trochę bezsensowna. Oczywiście, ma swoje odniesienie w historii, bo przecież o to w tej zabawie chodzi, jednakże jej dzisiejsze wcielenie, jest zbyt wulgarne, do tego auta bardziej pasuje wizerunek małego elegancika. Co innego w przypadku Mini, gdzie po prawdzie wszystkie wersje nie odróżniają się od siebie aż tak, jak w przypadku 500. Co więcej doszedłem do wniosku, że w przypadku Mini właśnie One tego uroku ma najwięcej. Jest uniwersalny i niewymuszony. A właśnie Abarth jest za bardzo „na siłę”. Z drugiej strony jednak Fiat, którego ostatnie posunięcia są idiotyczne ( z punktu widzenia klienta, nie księgowego) ostatnimi czasy stworzył ewolucję swojego sztandarowego modelu, która jest genialna. Mam na myśli model 500 Twinair. Mówiąc z głębi serca w momencie pojawienia się w sprzedaży tego samochodu nie byłem do końca przekonany czy zaliczam się do jego fanów, czy raczej czuję się w stosunku do niego obojętny. Muszę przyznać, że Mini jakoś bardziej trafiało w mój gust, szczególnie jeśli chodzi o stylistykę wnętrza, gdyż w nim czułym się tak, jakbym znalazł się we wnętrzu chronografu. Co innego Fiat 500 – kojarzący się raczej ze zgrabną i delikatną włoszką samochodzik był w pewnym stopniu zlepkiem części z innych Fiatów. Nie, żeby mi to w jakikolwiek sposób przeszkadzało, ale ten samochodzik miał aspirować do klasy mini premium, a jednocześnie poza zgrabnym ciałem nic go w żaden sposób nie wyróżniało. Fiat jednakże dopiero po 3 latach od premiery wyłożył na stół najlepsze karty tworząc model z silnikiem dwucylindrowym. W ten sposób powstał model najlepszy i na dodatek tańszy od większości pozostałych. W ten jeden prosty sposób samochodzik stał się czymś wyjątkowym, fenomenalnym atrybutem, sprawiającym przyjemność, nie zmuszając właściciela do większych wyrzeczeń, niż posiadaczy innych wersji 500. Nowa jednostka ma zalednie 0,9l pojemności, ale dzięki turbinie osiąga 85KM – wartość moim zdaniem absolutnie optymalna do tego pojazdu. W przypadku tego samochodu osiągi są sprawą drugorzędna, ale tak czy inaczej są naprawdę przyzwoite. Co więcej przez cały czas słyszymy ten jakże miły dla ucha dźwięk. Przypomina on bardzo naszego poczciwego 126p, ale jest on naprawdę przyjemny. Dzięki niemu cały czas wiemy, że kierujemy czymś wyjątkowym. Malutki silniczek oznacza malutkie spalanie – oczywiście podawane przez fabrykę 4,1l/100km jest niewykonalne, ale wartości oscylujące w granicach 5l nie będą niczym nadzwyczajnym. Aspekt ekonomiczny jest tutaj również ważny w momencie zakupu, gdyż (bazując na cennikach niemieckich i brytyjskich) model ten jest wyraźnie tańszy od 1.4, a na dodatek jest dostępny również w podstawowej wersji, w przeciwieństwie do stukonnego silnika, który pali znacznie więcej, nie ma stylu, a różnica w osiągach nie jest aż tak diametralna. Moim zdaniem dopłata mija się absolutnie z celem. Jeżeli ta sytuacja będzie podobna na naszym rynku to możemy podziewać się ceny w okolicach 42-44 tysięcy zł. Oczywiście daleki jestem od nazywania tego okazją stulecia, jednakże uważam, że bogatsza wersja z ceną (oby) w okolicach 50000 może sprawić, że znajdzie się wielu chętnych. A pamiętajmy, że mówię tutaj o naszym rynku, a nie o zachodzie, który chłonie Fiaty 500 jak gąbka.
Co jest jeszcze bardziej kuszące to przecież fakt, że ten sam silnik będzie dostępny w modelu 500C. A to oznacza z kolei więcej fajnego dźwięku w środku. Muszę przyznać, że cena trochę powyżej 60000zł za bogatszą wersję jest dość wygórowana, jednaże Mini Cabrio kosztuje od 88 tysięcy. Fakt, w 500 słupki boczne ciągle pozostają na swoim miejscu, jednakże kwota prawie 30000 złotych różnicy daje do myślenia. A po doposażeniu Mini do poziomu Fiata cena małego Brytyjczyka (Niemca) rośnie do prawie 100000zł. Wierzę, że jest on lepiej wykonany i zapewne lepiej się prowadzi. Tylko czy naprawdę musi aż tyle kosztować?
Ferrari od zarania dziejów było marką, którą otaczałem wyjątkowym kultem. Nie jest to oczywiście jakieś odkrywcze wyznanie, gdyż dla prawie że każdego małego chłopca Ferrari było synonimem spełnionych marzeń. Co niektórzy, ci z bardziej buntowniczymi duszami woleli Lamborghini, ale były to pojedyncze przypadki. Dla małego chłopca, nie mającego jeszcze zbyt dużego pojęcia o motoryzacji, ale wiedzącego, że jest to coś, czemu chce poświęcić życie czerwony bolid był spełnieniem marzeń. Moje dzieciństwo oscylowało wokół F50. Było ono dla mnie uosobieniem wspaniałości. Mając chyba 9 lat na targach widziałem je zaparkowane obok Bugatti EB110. Obraz ten niesamowicie zapadł mi w pamięć, do dziś pamiętam jeszcze jak stały zaparkowane i jakie było otoczenie stoiska. Pamiętam również inne Ferrari na które wtedy nie zwróciłem większej uwagi. Było to F355. Samochód w którym z biegiem czasu się bezgranicznie zakochałem. Od dawna uważam, że w kategorii modeli z silnikiem V8 Ferrari tworzy je z przedziwnym harmonogramem. Otóż każdy kolejny model pod względem urody odwrotnością poprzedniego. Obecny model, 458, jest z tej „brzydkiej” tury. Musze szczerze przyznać, że o ile jego zaawansowanie techniczne można uznać za szczerze imponujące, o tyle wygląd do mnie nie do końca przemawia. Licząc kolejne kroki wstecz dochodzimy do wniosku, że 355 było z tej pięknej tury. O tak! Wystarczy spojrzeć na jego proporcje, był to samochód dość krótki, ale miał prawie że 2m szerokości.
A w przypadku najnowszych samochodów niestety granice zaczynają się zacierać. Jeremy Clarkson powiedział kiedyś, że Ferrari jest pojazdem, który sprawia, że prowadząc go nawet jedynie raz w roku sprawia on, że czujesz się wyjątkowy. Powiedział to w kontekście komputeryzacji modelu 599 i myślę, że idealnie trafił w sedno problemu i doskonale go rozumie – sam przecież był posiadaczem F355. Co jest minimalnie pocieszające, to fakt, że w naszym życiu jeszcze nic straconego. F355 jest jednym z najpopularniejszych Ferrari, a obecnie cena idealnego egzemplarza to ćwiartka ceny 458. Chyba jutro wyruszę poszukać jednego dla siebie.
Alfa Romeo ma to do siebie, że na palcach jednej ręki można policzyć ich samochody, które były stylistycznym niewypałem. Oczywiście z dzisiejszej perspektywy ciężko powiedzieć, że na przykład model 75 był czymś wspaniałym, jednakże należy pamiętać, że lata ’80 były epoką spod znaku ekierki i taka panowała wówczas moda. Z drugiej strony jednak model 164 był niebywale zgrabny, pomimo ostrości rysunku. Dzisiaj jednak mam ochotę zająć się czymś dużo świeższym, dopiero rozpoczynającym swój motoryzacyjny żywot, a mianowicie Giuliettą. Samochód ten jest wprowadzonym w tym roku, długo wyczekiwanym następcą modelu 147, który produkowano przez
Zdecydowanie nie. Muszę niestety przyznać, że dysponując kwotą około 90000zł, która pozwoli na zakup mocnej i bogato wyposażonej Giulietty